Bądź sobą – szukaj własnej drogi. Poznaj siebie, zanim zechcesz dzieci poznać. Zdaj sobie sprawę z tego, do czego sam jesteś zdolny, zanim dzieciom poczniesz wykreślać zakres ich praw i obowiązków.
- Janusz Korczak
Przyznaję, że jestem zagorzałą zwolenniczką niepublikowania wizerunku dzieci w sieci. Ten temat od zawsze budził we mnie strach i lęk o ich bezpieczeństwo. Wiele lat temu, kiedy ten trend nie był jeszcze tak powszechny jak dziś, moje koleżanki nagminnie i z wielką przyjemnością publikowały zdjęcia swoich pociech w internecie. Trochę mi to przeszkadzało, choć wtedy nie potrafiłam precyzyjnie powiedzieć dlaczego. Czułam tylko, że jest w tym coś nieodpowiedniego. Coś, co przekracza jakąś niewidzialną granicę.
Wielu z nas zachłysnęło się byciem w internecie. Wielu uwierzyło, że ma realny wpływ na decyzje innych, że może być influencerem, że jego codzienność jest na tyle ciekawa, by zasługiwać na stałą ekspozycję. Umówmy się — każdy z nas uważa, że prowadzi w miarę interesujące życie i chce się nim podzielić. Problem polega na tym, że nie wszyscy określili swoją granicę. Nie wszyscy zatrzymali się w odpowiednim momencie i zadali sobie pytanie: jak daleko mogę się posunąć?
Dziś jesteśmy w miejscu, w którym coraz więcej mówi się o zagrożeniach wynikających z obecności dzieci w sieci. I nie chodzi już wyłącznie o sam wizerunek. My, pokolenie czterdziestolatków, jesteśmy w social mediach od około piętnastu, może dwudziestu lat. Najpierw była Nasza Klasa, potem Facebook. Jeszcze wcześniej Gadu-Gadu i słynne statusy typu: „nie ma mnie dziś w domu, chata pusta”. Odważyłabyś się dziś na taki opis? Ja nie. A wtedy wydawało się to zupełnie normalne.
Dla wielu z nas dzieciństwo odbyło się na szczęście bez internetu. Były szkolne wycieczki bez telefonów, zdjęcia robione prawdziwym aparatem, śmiech w autobusie, spontaniczne rozmowy z nauczycielami. Nikt nikogo nie nagrywał, nikt nie robił relacji na żywo. Docinki kierowane w moją stronę zostawały w tej klasie, w tym autobusie, w tym jednym momencie. Nie były archiwizowane, udostępniane, komentowane przez setki osób. Nikt nie budował na nich swojego zasięgu.
Potem dorośliśmy. Pojawiła się Nasza Klasa, Facebook, ta ogromna ciekawość i testowanie możliwości w przestrzeni, która była dla nas absolutnie błękitnym oceanem. Szukaliśmy dawnych znajomych, publikowaliśmy zdjęcia ze swojego życia. Trochę z potrzeby pokazania się, trochę z ciekawości, trochę z myślą „niech zobaczy były chłopak” albo „niech zazdroszczą”. A potem urodziły się dzieci. I naturalnie chcieliśmy się nimi pochwalić. Każdy chciał. Codziennie.
I tak doszliśmy do momentu, w którym generacja Z zaczęła unikać dzielenia się swoim życiem. Paradoksalnie — być może dlatego, że nieświadomi rodzice zrobili to za nich wcześniej. Dokumentowaliśmy ich dzieciństwo od pierwszego USG, publikowaliśmy ich emocje, ich wpadki, ich sukcesy. Bez pytania o zgodę, bo przecież „to tylko zdjęcie”.
Nie pamiętam, by skala depresji i prób samobójczych wśród młodzieży była kiedyś tak wysoka. Oczywiście, były inne problemy, inne patologie, każda rodzina zmagała się z czymś swoim. Ale nie było tego ciągłego, nieustannego bycia ocenianym. Nie było presji wizerunku na taką skalę. Nie wiem, czy w dzisiejszych realiach udźwignęłabym ciężar publicznego wyśmiewania mnie za to, że lubię czytać książki i się uczyć ( a w liceum musiałam).
Czytając „Nauczyciele, wielki zawód”, widać wyraźnie, że nauczyciele również mają dość. System coraz bardziej zaciska im pętlę na szyi. Do tego dochodzą roszczeniowi rodzice, którzy sami często nie mają czasu dla swoich dzieci i przerzucają odpowiedzialność wychowawczą na szkołę. Co ciekawe, uczniowie wcale nie są dla nauczycieli największym problemem. Młodzież jest zagubiona, często niezrozumiana przede wszystkim przez swoich rodziców. Nauczyciele próbują z nimi rozmawiać, nawiązują porozumienie. A rodzicom wydaje się, że skoro dziecko ma wszystko — telefon, ubrania, zajęcia dodatkowe — to nie powinno mieć żadnych zmartwień.
Tymczasem nastolatkowie potrzebują rodzica, który ich zrozumie, uszanuje i potraktuje poważnie. Potrzebują obecności. A jak znaleźć na to czas, kiedy sami jesteśmy zabiegani, często skupieni na zarabianiu pieniędzy i utrzymaniu tempa?
Wracając do wizerunku dzieci w sieci — z moich obserwacji wynika, że dzieci przede wszystkim potrzebują naszej uwagi. To my, dorośli, powinniśmy organizować im czas, tworzyć przestrzeń podobną do tej „sprzed internetu”. Rozmowy, wspólne wyjazdy, zwykłe bycie razem. Dzieci, które nie mają silnej relacji z rodzicami, które nie czują się wysłuchane i bezpieczne, będą bardziej podatne na różne kryzysy. W wielu książkach powtarza się jedno: człowiek z mocno zbudowanymi fundamentami — kochany, szanowany, rozumiany — poradzi sobie z przeciwnościami losu.
Świat, w którym dziś żyjemy, jest inny. Nie wiem czy trudniejszy. Po prostu inny. I naszym zadaniem nie jest go demonizować, ale nauczyć się w nim bezpiecznie funkcjonować.
Jeśli chodzi o social media, mam dość jasne zdanie. Uważam, że powinny być przede wszystkim narzędziem biznesowym. Kiedyś, aby znaleźć kontakt do firmy, trzeba było otworzyć wielką żółtą książkę telefoniczną i mozolnie szukać numeru. Dziś firmy mają swoje miejsce w mediach społecznościowych i to jest naturalne. Natomiast prywatność powinna zostać w czterech ścianach. A jeśli ktoś naprawdę musi coś publikować, to nie w czasie rzeczywistym, nie z pokazywaniem miejsca zamieszkania, szkoły dziecka, samochodu czy codziennych tras.
Szczególną odpowiedzialność ponoszą szkoły i instytucje, w których przebywają dzieci. Nie mam do nich żalu jako takiego — one również uczą się funkcjonować w social mediach. Ale poprzez nieuważne działania mogą szkodzić i tym samym tracić zaufanie jako podmioty publiczne. Kto, jeśli nie szkoła, powinien chronić małe, bezbronne dzieci? Wystawianie ich wizerunku na publiczny widok, nawet za zgodą rodziców, oznacza narażanie ich na ocenę i potencjalny hejt ze strony rówieśników.
Może dziś prawdziwą odwagą nie jest pokazywanie wszystkiego. Może odwagą jest powiedzenie „nie”. Może odpowiedzialność polega na tym, by czegoś nie opublikować — nawet jeśli algorytm bardzo by tego chciał.
.jpg)
0 comments