Presja bycia wszędzie. Presja z instagrama

fot. Malwina Nogaj


Presja bycia wszędzie, czyli o tym, jak Instagram kradnie nam spokój i czas

Jeśli macie konto na Instagramie, to na pewno wiecie, o czym mówię. Codziennie zalewa nas fala treści od „insta-mam”, przewodniczek, mentorek czy ekspertek. Z każdej strony atakują nas polecenia: „musisz odwiedzić to miejsce”, „twoje dziecko pokocha tę atrakcję”, „nie może was tam zabraknąć”. Presja, by zaliczać kolejne punkty na mapie modnych rozrywek, jest tak ogromna, że momentami dopada mnie po prostu smutek.

fot. Malwina Nogaj


Patrzę na swoje życie z dzieckiem. Dla niej każdy zwyczajny dzień jest prawdopodobnie „najfajniejszy z najfajniejszych”. Jednak przez to, że ja mam dostęp do tych wszystkich opcji i kolorowych obrazków, zaczynam mieć wrażenie, że moje dziecko coś omija. A przecież ona nie ma pojęcia o istnieniu tych wszystkich „idealnych” miejsc. Ona nie czuje braku – to my, dorośli, projektujemy go na nasze dzieci.
Teoretycznie mogłabym zabierać ją w te wszystkie miejsca, bo często faktycznie są ciekawe. Mam jednak pewną obawę: jeśli od małego będę dawać jej coraz więcej i więcej, to w końcu zwykła codzienność przestanie jej wystarczać. Boję się, że za chwilę zacznie sobie życzyć rzeczy niestworzone, bo poprzeczka będzie zawieszona zbyt wysoko.
Jestem z rocznika ’85. Ci z Was, którzy są z Trójmiasta, na pewno pamiętają letni Cricoland w Gdańsku na Placu Zebrań Ludowych. To był absolutny szał! Na początku lat 90. w Polsce to było coś niemal nieosiągalnego – czekało się na to cały rok z wypiekami na twarzy. A teraz? Dzisiaj dzieciaki mają wszystko na wyciągnięcie ręki, „na już”.
Moja córka uwielbia dmuchańce, które pojawiają się latem. Wiem, że istnieją całoroczne hale z takimi atrakcjami, ale ona o tym nie wie. I nie dowie się ode mnie, bo chcę, żeby na nie czekała. Uważam, że to uczy ją bardzo ważnej rzeczy: na niektóre przyjemności trzeba po prostu zasłużyć cierpliwością. Nie chcę wychować dziecka, które dostaje wszystko natychmiast tylko dlatego, że „chce”.
fot. Malwina Nogaj

Moje macierzyństwo i czas spędzony z dzieckiem opieram na realnej, niespiesznej codzienności. Dzięki temu, że jesteśmy blisko, mam czas, by spokojnie pokazywać jej świat, tłumaczyć go i szczegółowo odpowiadać na każde „dlaczego”. Tęsknię za dzieciństwem w stylu „Dzieci z Bullerbyn". I wiecie co? Nie czekam z założonymi rękami – staram się sama tworzyć taką przestrzeń dla mojego dziecka. Przestrzeń bez chaosu, bez wiecznego pędu i bez Instagramowej presji, że ciągle jesteśmy „niewystarczający”.
Czasem „mniej” znaczy po prostu „spokojniej”. A spokój to najlepsze, co możemy dać naszym dzieciom w dzisiejszym przebodźcowanym świecie.
A Wy? Czujecie czasem tę presję, by gonić za kolejnymi atrakcjami, czy stawiacie na bullerbynową codzienność?












0 comments