.jpg) |
| fot. Malwina Nogaj |
Relacja z jedzeniem. O tym, czego nikt Nas nie uczył
Do napisania tego wpisu zainspirował mnie krótki, ale niezwykle poruszający filmik, na który niedawno natknęłam się, przeglądając Instagram. Kobieta opowiadała w nim szczerze o swojej skomplikowanej relacji z jedzeniem - o tym, jak przez lata zmagała się z własnymi przekonaniami, lękami i nawykami związanymi z tym, co je i jak do tego podchodzi. Niby nic szczególnie odkrywczego - takich treści w sieci jest dziś naprawdę mnóstwo, influencerzy i zwykli ludzie dzielą się swoimi historiami niemal codziennie - a jednak coś w jej słowach mocno we mnie uderzyło.
Za każdym razem, gdy widzę podobne materiały, gdy słucham czyjejś opowieści o trudnej relacji z jedzeniem, o restrykcjach, poczuciu winy czy niekończących się dietach, automatycznie i natychmiast myślę o Lence. O tym, jak ja - jako dorosła osoba, rodzic, wzór do naśladowania - na co dzień mówię o jedzeniu w jej obecności. Jak się do tego jedzenia odnoszę, jakie emocje z nim łączę, czy przypadkiem nie oceniam produktów jako „dobre „i „złe”. Jakie komunikaty, czasem zupełnie nieświadomie i bez złych intencji, przekazuję dalej młodemu człowiekowi, który wchłania wszystko jak gąbka.
Żyjemy w czasach, w których bardzo dużo mówi się o traumach z dzieciństwa i ich wpływie na dorosłe życie. Czasem aż za dużo, czasem zbyt powierzchownie, jakby trauma stała się modnym hasłem, które tłumaczy wszystko. Ale jedno wiem na pewno, z całą stanowczością: nie chciałabym, żeby relacja z jedzeniem - coś tak podstawowego, codziennego i naturalnego - była jedną z tych trudnych, bolesnych historii, które moje dziecko będzie kiedyś musiało „rozpracowywać „w gabinecie terapeutycznym w dorosłym życiu. Nie chcę, żeby pamiętało moje komentarze o kaloriach, moje westchnienia przed lustrem, moje podziały na to, co „wolno” i czego „nie wolno" jeść.
Moja relacja z jedzeniem była trudna
Patrząc dziś wstecz z perspektywy czasu i doświadczenia, wiem, że przez długie lata - właściwie przez większość mojego dorosłego życia - miałam z jedzeniem relację pełną napięcia, nieustannej kontroli i jednocześnie paradoksalnego chaosu. Te dwa stany przeplatały się nawzajem: albo rygorystycznie kontrolowałam każdy kęs, albo kompletnie traciłam panowanie i jadłam bez opamiętania. Zawsze, od młodości, zastanawiałam się z pewną zazdrością i niedowierzaniem, jak to się w ogóle dzieje, że są dziewczyny szczupłe, które potrafią „normalnie „jeść - spotykają się ze znajomymi na pizzę, jedzą deser, nie liczą kalorii i jakoś to wszystko u nich działa.
Myślałam: Czy one cały czas myślą o tym, żeby nie jeść, tylko po prostu lepiej to ukrywają? Czy się głodzą w domu, a przy ludziach udają, że jedzą swobodnie? Czy one też jedzą z nudów, ze smutku, dla towarzystwa, żeby zagłuszyć emocje?
Dopiero znacznie później, po latach zmagań i refleksji, zaczęłam powoli rozumieć coś, co dziś wydaje mi się tak banalne i oczywiste, że aż trudno uwierzyć, że kiedyś było to kompletnie poza moim zasięgiem, jakby napisane w obcym języku: one po prostu jedzą wtedy, kiedy są głodne. Nie, kiedy „wypada” zjeść, bo jest spotkanie towarzyskie. Nie, kiedy „jest pora", bo zegar pokazuje 13:00. Nie, kiedy jedzenie ma zagłuszyć trudne emocje, wypełnić pustkę czy ukoi stres. I co więcej, - potrafią zjeść odrobinę, kilka kęsów, pół porcji i naprawdę, szczerze im to wystarcza. Nie muszą się męczyć, walczyć ze sobą, odstawiać talerza z wysiłkiem. Po prostu czują sytość i przestają jeść. To nie jest żadna magiczna cecha, szczególny gen czy nadzwyczajna siła woli. To jest po prostu zdrowa, naturalna relacja z jedzeniem, której (i to jest sedno problemu) nikt mnie nigdy nie nauczył. Nikt nie pokazał mi, jak to wygląda w praktyce.

„Psychodietetyka dla każdego” to książka skierowana do osób z negatywnym stosunkiem do ciała i jedzenia, które doświadczają trudności z odżywianiem, boją się produktów, traktują dietę binarnie lub cierpią na efekt jojo. Pomaga osiągnąć zdrową relację z jedzeniem, łącząc wiedzę dietetyczną i psychologiczną. Skierowana również do dietetyków i studentów, zawiera praktyczne narzędzia i najnowsze dane z dziedziny psychodietetyki. Autorkami są Joanna Jurek – specjalista od badań naukowych – oraz Kinga Wittenbeck – dietetyczka z doświadczeniem w pracy z pacjentami.
Dzieci, a jedzenie. Cienka granica.
Dziś na szczęście coraz częściej i coraz głośniej mówi się w przestrzeni publicznej, w mediach społecznościowych, w artykułach i książkach o rodzicielstwie. O tym, że ciągłe, nieustanne przypominanie dzieciom o jedzeniu - te pozornie niewinne pytania i sugestie w stylu „jesteś głodna?„ „może byś coś zjadła?”, „zjedz coś szybko „, „może kanapkę?”, „czemu tak mało jesz? , „na pewno nie chcesz dokładki?” - może w rzeczywistości poważnie zaburzać ich naturalną, wrodzoną zdolność rozpoznawania sygnałów głodu i sytości, które przychodzą z ich własnego ciała. Dzieci rodzą się z tą umiejętnością - wiedzą, kiedy są głodne i kiedy są najedzone, ale my, dorośli, często nieświadomie tę intuicję zagłuszamy.
I to naprawdę ma ogromny sens, gdy się nad tym głębiej zastanowić. Bo w ten sposób, mimo najlepszych intencji, sztucznie pobudzamy apetyt i nieuchronnie uczymy nasze dzieci jedzenia wtedy, kiedy pojawia się ochota, chwilowy impuls, zewnętrzna sugestia - a nie wtedy, kiedy istnieje realna, fizjologiczna potrzeba organizmu. A prawdziwa potrzeba to głód - ten fizyczny sygnał, który mówi: „potrzebuję energii". Ochota na jedzenie bardzo często, o wiele częściej niż nam się wydaje, ma zupełnie inne, głębsze źródło: niewyrażone emocje, nuda i próba zapełnienia czasu, stres dnia codziennego, napięcie w relacjach, potrzeba komfortu czy nagrody.
Przechodzenie ze skrajności w skrajność - od nadmiernego objadania się, kompulsywnego jedzenia bez kontroli, do restrykcyjnego głodzenia się, odmawiania sobie jedzenia, liczenia każdej kalorii - jest jednym z najbardziej niszczących wyniszczających psychicznie i fizycznie schematów, jakie można sobie wyobrazić. Znam go aż za dobrze z własnego, bolesnego doświadczenia. I wiem doskonale, jak długo, przez ile lat, a nawet dekad, potrafi ciągnąć się za człowiekiem, rzutując na każdy aspekt życia, odbierając radość i spontaniczność.
Zdrowa relacja z jedzeniem, to nie dieta
Coraz bliższe jest mi podejście, o którym mówi psychodietetyka i które leży u podstaw nurtu intuicyjnego jedzenia - nie jest to żaden modny trend, nie jest to kolejna „metoda na schudnięcie”. To głęboka, świadoma zmiana perspektywy, która wymaga od nas odwagi, by odpuścić sobie idealizm i zacząć pracować z własnym ciałem, z jego sygnałami, z jego potrzebami, a nie przeciwko nim. Intuicyjne jedzenie to nie odbijanie się od wagi, nieliczenie kalorii, nie kategoryzowanie jedzenia na „dobrze” i „źle”, a o nauce słuchania swojego ciała, o przyjęciu jego mądrości i odbudowaniu zaufania do własnej intuicji.
Zdrowa relacja z jedzeniem to, po pierwsze, jedzenie wtedy, kiedy naprawdę czuję głód – nie wtedy, kiedy jest godzina, kiedy ktoś inny je, kiedy jest nuda, czy kiedy emocje są zbyt silne i potrzebuję ucieczki. To też umiejętność zatrzymania się wtedy, kiedy czuję sytość – nie jem „do pustego talerza „, nie „na zapas”, ale dokładnie wtedy, kiedy ciało powie: „wystarczy „.
Bardzo przemawia do mnie myśl, że mogę kochać swoje ciało, niezależnie od tego, jak wygląda, jak się czuje w danym momencie, czy jakiego rozmiaru jest. Chcę dla niego dobrze – nie w sensie „muszę być szczupła”, ale w sensie „chcę, żeby niosło mnie przez życie zdrowo i możliwie lekko „. Nie idealnie, nie perfekcyjnie, ale normalnie – z tym, co mam, z tym, co czuję, z tym, co potrzebuję. To nie jest o tym, by być „w porządku”, ale o tym, by być „w porządku ze sobą". To o tym, by nie tracić czasu i energii na walkę z ciałem, ale zacząć je kochać i dbać o nie z miłością i szacunkiem.
Kontrola nie buduje relacji, ani z jedzeniem ani z dzieckiem
Kontrola nadjedzeniem to nie jest kwestia diety – to kwestia wolności i szacunku.
Dla mnie, przez wiele lat, największym problemem było to, że mój tata kontrolował, co jadłam: wpatrywał się w talerz, komentował, rzucał uwagi, które wydawały się przypadkowe, ale zostawały w głowie na długo. To nie był gest troski – to był sposób, by zmusić mnie do działania, które nie były moimi własnymi decyzjami.
I do dziś pamiętam to uczucie irytacji, napięcia i głębokiego braku autonomii. Bo my – jako ludzie – chcemy decydować o sobie. A szczególnie kiedy jesteśmy już dorośli. Pytanie „kiedy schudniesz?” brzmi jak troska, ale w rzeczywistości to presja. To nie motywuje – to zawstydza. To nie łączy – to buduje mur. A jeśli chcesz, żeby twoje dziecko kochało swoje ciało, nie chcesz, żeby to, co mówi o jedzeniu, brzmiało jak moje. Dlatego nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś mówiło o jedzeniu w podobny sposób, w jaki ja teraz o nim piszę. Chcę, żeby wiedziało, że jego ciało jest ważne, że jego potrzeby są ważne i że może się na nim polegać, a nie być poddane kontroli.
Nikt Nas tego nie uczył
Nigdy nie nauczyliśmy się w dzieciństwie, jak naprawdę słuchać swojego ciała - jak rozróżnić głód fizyczny, który pochodzi z żołądka i oznacza, że organizm potrzebuje energii, od głodu emocjonalnego, który wynika z nudy, stresu, smutku, tęsknoty czy potrzeby komfortu. Nigdy nie nauczyliśmy się, że jedzenie nie jest czymś, co można podzielić na „dobre” i „złe”, „wolne” i „niewolne”, „zdrowe” i „szkodliwe” – że to po prostu jedzenie, które daje nam energię, radość, poczucie bezpieczeństwa i przyjemność. Nigdy nie nauczyliśmy się, jak mówić o jedzeniu bez wstydu, bez lęku, bez poczucia winy, bez kontroli – że jedzenie może być radością, a nie karą, że nie musimy się wstydzić, gdy coś nam się podoba, czy kiedy nie mamy ochoty. To, co dzieje się przy rodzinnym stole, to nie tylko kwestia kalorii czy składników – to fundament naszej relacji z jedzeniem. To tam, gdzie dzieci uczą się, czy jedzenie to narzędzie do zaspokojenia potrzeb, czy narzędzie do kontroli, czy narzędzie do wyrażania miłości, czy też narzędzie do wyrażania napięcia i strachu. To tam, gdzie uczy się, że jedzenie to coś, co może być przyjemne i naturalne, czy też coś, co trzeba kontrolować, oceniać i ukrywać. Dopiero dziś, dzięki książkom, badaniom naukowym, rozmowom z psychologami i psychodietetykami, zaczynamy rozumieć, że relacja z jedzeniem to nie jest kwestia jednego posiłku, jednej diety, jednej wagi – to relacja na całe życie. I że to, co dzieje się przy stole, ma znaczenie znacznie większe niż liczba kalorii na talerzu. To, co dziecko widzi, słyszy i odczuwa, wpływa na to, jak będzie się odnosić do jedzenia przez resztę życia – czy będzie jeść z radością, czy z lękiem, czy będzie w stanie rozpoznać, kiedy jest głodne, a kiedy nie, czy będzie czuła się wolna, czy zawsze będzie się bała, że coś „nie wypada”.
iKorektor v1.1.1
fot. Malwina Nogaj
Relacja z jedzeniem. O tym, czego nikt Nas nie uczył
Do napisania tego wpisu zainspirował mnie krótki, ale niezwykle poruszający filmik, na który niedawno natknęłam się, przeglądając Instagram. Kobieta opowiadała w nim szczerze o swojej skomplikowanej relacji z jedzeniem – o tym, jak przez lata zmagała się z własnymi przekonaniami, lękami i nawykami związanymi z tym, co je i jak do tego podchodzi. Niby nic szczególnie odkrywczego – takich treści w sieci jest dziś naprawdę mnóstwo, influencerzy i zwykli ludzie dzielą się swoimi historiami niemal codziennie – a jednak coś w jej słowach mocno we mnie uderzyło.
Za każdym razem, gdy widzę podobne materiały, gdy słucham czyjejś opowieści o trudnej relacji z jedzeniem, o restrykcjach, poczuciu winy
czy niekończących się dietach, automatycznie i natychmiast myślę o Lence. O tym, jak ja – jako dorosła osoba,
, wzór do naśladowania – na co dzień mówię o jedzeniu w jej obecności. Jak się do tego jedzenia odnoszę, jakie emocje z nim łączę, czy przypadkiem nie oceniam produktów jako „dobre „i „złe”. Jakie komunikaty, czasem zupełnie nieświadomie i bez złych intencji, przekazuję dalej młodemu człowiekowi, który wchłania wszystko jak gąbka.
Żyjemy w czasach, w których bardzo dużo mówi się o traumach z dzieciństwa i ich wpływie na dorosłe życie. Czasem
aż za dużo, czasem zbyt powierzchownie, jakby trauma stała się modnym hasłem, które tłumaczy wszystko. Ale jedno wiem na pewno, z całą stanowczością: nie chciałabym, żeby relacja z jedzeniem – coś tak podstawowego, codziennego i naturalnego – była jedną z tych trudnych, bolesnych historii, które moje dziecko będzie kiedyś musiało „rozpracowywać „w gabinecie terapeutycznym w dorosłym życiu. Nie chcę, żeby pamiętało moje komentarze o kaloriach, moje westchnienia przed lustrem, moje podziały na to, co „wolno” i czego „nie wolno
„
jeść.
Moja relacja z jedzeniem była trudna
Patrząc dziś wstecz z perspektywy czasu i doświadczenia, wiem, że przez długie lata – właściwie przez większość mojego dorosłego życia – miałam z jedzeniem relację pełną napięcia, nieustannej kontroli i jednocześnie paradoksalnego chaosu. Te dwa stany przeplatały się nawzajem: albo rygorystycznie kontrolowałam każdy kęs, albo kompletnie traciłam panowanie i jadłam bez opamiętania. Zawsze, od młodości, zastanawiałam się z pewną zazdrością i niedowierzaniem, jak to się w ogóle dzieje, że są dziewczyny szczupłe, które potrafią „normalnie „jeść – spotykają się ze znajomymi na pizzę, jedzą deser, nie liczą kalorii i jakoś to wszystko u nich działa.
Myślałam: Czy one cały czas myślą o tym, żeby nie jeść, tylko po prostu lepiej to ukrywają? Czy się głodzą w domu, a przy ludziach udają, że jedzą swobodnie? Czy one też jedzą z nudów, ze smutku, dla towarzystwa, żeby zagłuszyć emocje?
Dopiero znacznie później, po latach zmagań i refleksji, zaczęłam powoli rozumieć coś, co dziś wydaje mi się tak banalne i oczywiste, że aż trudno uwierzyć, że kiedyś było to kompletnie poza moim zasięgiem, jakby napisane w obcym języku: one po prostu
wtedy, kiedy są głodne. _7#, swojego ciała. Nie, kiedy „wypada” zjeść, bo jest spotkanie towarzyskie. Nie, kiedy „jest pora
, bo zegar pokazuje 13:00. Nie, kiedy jedzenie ma zagłuszyć trudne emocje, wypełnić pustkę
czy ukoi stres. I co więcej, – potrafią zjeść odrobinę, kilka kęsów, pół porcji i naprawdę, szczerze im to wystarcza. Nie muszą się męczyć, walczyć ze sobą, odstawiać talerza z wysiłkiem. Po prostu
sytość i przestają jeść. To nie jest żadna magiczna cecha, szczególny gen
czy nadzwyczajna siła woli. To jest po prostu zdrowa, naturalna relacja z jedzeniem, której (i to jest sedno problemu) nikt mnie nigdy nie nauczył. Nikt nie pokazał mi, jak to wygląda w praktyce.
Dzieci, a jedzenie. Cienka granica.
Dziś na szczęście coraz częściej i coraz głośniej mówi się w przestrzeni publicznej, w mediach społecznościowych, w artykułach i książkach o rodzicielstwie. O tym, że ciągłe, nieustanne przypominanie dzieciom o jedzeniu – te pozornie niewinne pytania i sugestie w stylu „jesteś głodna? „, „może byś coś zjadła?”, „zjedz coś szybko „, „może kanapkę?”, „czemu tak mało jesz? „, „na pewno nie chcesz dokładki?” – może w rzeczywistości poważnie zaburzać ich naturalną, wrodzoną zdolność rozpoznawania sygnałów głodu i sytości, które przychodzą z ich własnego ciała. Dzieci rodzą się z tą umiejętnością – wiedzą, kiedy są głodne i kiedy są najedzone, ale my, dorośli, często nieświadomie tę intuicję zagłuszamy.
I to naprawdę ma ogromny sens, gdy się nad tym głębiej zastanowić. Bo w ten sposób, mimo najlepszych intencji, sztucznie pobudzamy apetyt i nieuchronnie uczymy nasze dzieci jedzenia wtedy, kiedy pojawia się ochota, chwilowy impuls, zewnętrzna sugestia – a nie wtedy, kiedy istnieje realna, fizjologiczna potrzeba organizmu. A prawdziwa potrzeba to głód – ten fizyczny sygnał, który mówi: „potrzebuję energii
„. Ochota na jedzenie bardzo często, o wiele częściej niż nam się wydaje, ma zupełnie inne, głębsze źródło: niewyrażone emocje, nuda i próba zapełnienia czasu, stres dnia codziennego, napięcie w relacjach, potrzeba komfortu
czy nagrody.
Przechodzenie ze skrajności w skrajność – od nadmiernego objadania się, kompulsywnego jedzenia bez kontroli, do restrykcyjnego głodzenia się, odmawiania sobie jedzenia, liczenia każdej kalorii – jest jednym z najbardziej niszczących wyniszczających psychicznie i fizycznie schematów, jakie można sobie wyobrazić. Znam go
aż za dobrze z własnego, bolesnego doświadczenia. I wiem doskonale, jak długo, przez ile lat, a nawet dekad, potrafi ciągnąć się za człowiekiem, rzutując na każdy aspekt życia, odbierając radość i spontaniczność.
Zdrowa relacja z jedzeniem, to nie dieta
Kontrola nie buduje relacji
ani z jedzeniem
ani z dzieckiem
Kontrola
to nie jest kwestia diety
to kwestia wolności i szacunku.
Dla mnie, przez wiele lat, największym problemem było to, że mój tata kontrolował, co jadłam: wpatrywał się w talerz, komentował, rzucał uwagi, które wydawały się przypadkowe, ale zostawały w głowie na długo. To nie był gest troski
to był sposób, by zmusić mnie do działania, które nie były moimi własnymi decyzjami.
I do dziś pamiętam to uczucie irytacji, napięcia i głębokiego braku autonomii. Bo my
jako ludzie
chcemy decydować o sobie. A szczególnie
kiedy jesteśmy już dorośli. Pytanie „kiedy schudniesz?” brzmi jak troska, ale w rzeczywistości to presja. To nie motywuje
to zawstydza. To nie łączy
to buduje mur. A jeśli chcesz, żeby twoje dziecko kochało swoje ciało, nie chcesz, żeby to, co mówi o jedzeniu, brzmiało jak moje. Dlatego nie chcę, żeby moje dziecko kiedyś mówiło o jedzeniu w podobny sposób, w jaki ja teraz o nim piszę. Chcę, żeby wiedziało, że jego ciało jest ważne, że jego potrzeby są ważne i że może się na nim polegać, a nie być poddane kontroli.
Nikt Nas tego nie uczył
Nigdy nie nauczyliśmy się w dzieciństwie, jak naprawdę słuchać swojego ciała
jak rozróżnić głód fizyczny, który pochodzi z żołądka i oznacza, że organizm potrzebuje energii, od głodu emocjonalnego, który wynika z nudy, stresu, smutku, tęsknoty czy potrzeby komfortu. Nigdy nie nauczyliśmy się, że jedzenie nie jest czymś, co można podzielić na „dobre” i „złe”, „wolne” i „
”, „zdrowe” i „szkodliwe”
że to po prostu jedzenie, które daje nam energię, radość, poczucie bezpieczeństwa i przyjemność. Nigdy nie nauczyliśmy się, jak mówić o jedzeniu bez wstydu, bez lęku, bez poczucia winy, bez kontroli – że jedzenie może być radością, a nie karą, że nie musimy się wstydzić, gdy coś nam się podoba, czy kiedy nie mamy ochoty. To, co dzieje się przy rodzinnym stole, to nie tylko kwestia kalorii
czy składników – to fundament naszej relacji z jedzeniem. To tam, gdzie dzieci uczą się, czy jedzenie to narzędzie do zaspokojenia potrzeb, czy narzędzie do kontroli, czy narzędzie do wyrażania miłości, czy też narzędzie do wyrażania napięcia i strachu. To tam, gdzie uczy się, że jedzenie to coś, co może być przyjemne i naturalne, czy też coś, co trzeba kontrolować, oceniać i ukrywać. Dopiero dziś, dzięki książkom, badaniom naukowym, rozmowom z psychologami i psychodietetykami, zaczynamy rozumieć, że relacja z jedzeniem to nie jest kwestia jednego posiłku, jednej diety, jednej wagi – to relacja na całe życie. I że to, co dzieje się przy stole, ma znaczenie znacznie większe niż liczba kalorii na talerzu. To, co dziecko widzi, słyszy i odczuwa, wpływa na
będzie się odnosić do jedzenia przez resztę życia – czy będzie jeść z radością, czy z lękiem, czy będzie w stanie rozpoznać, kiedy jest głodne, a kiedy nie, czy będzie czuła się wolna, czy zawsze będzie się bała, że coś „nie wypada”.
Korektor v1.1
1
Rozpocznij pisanie w dowolnym polu tekstowym strony. Korekta uruchomi się automatycznie.
Zastosuj (Alt+Z)
Tekst jest zbyt długi (0 / 20 000 dozwolonych znaków w jednej korekcie).
- Poprawionych błędów: 2
- Długość tekstu źródłowego: 1856 / 20 000
Tekst jest zbyt długi (0 / 20 000 dozwolonych znaków w jednej korekcie).
0 comments